Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 7 lipca 2014

Zakony w Polsce (szkic) - cz.1.



Do końca XVIII wieku było 71 męskich zakonów, a w samym XIX w. powstało ich 91. Wśród zgromadzeń żeńskich między rokiem 1850 a 1918 powstało ok. 50 nowych (głównie czynnych). Wcześniej były to przede wszystkim klasztory mnisze, kontemplacyjne − nastawione na rozwój ascetyczno-intelektualny.
W czasach zaborów (1795−1918) kapucyn Honorat Koźmiński założył 26 zgromadzeń: 22 żeńskie bezhabitowe oraz 4 męskie.

Benedyktyni
Bolesław Śmiały (zwany Szczodrym) chcąc wzmocnić organizację diecezjalną, tworzył w pobliżu każdej katedry opactwo benedyktyńskie. Tak powstało opactwo w Tyńcu pod Krakowem (klasztor założył w połowie XI wieku mnich Artur, który został równocześnie arcybiskupem Polski), Mogilno pod Gnieznem czy Lubin pod Poznaniem.  

Jezuici
Towarzystwo Jezusowe (jezuici), zostało założone przez Hiszpana – św. Ignacego Loyolę w 1534 r. w Paryżu. Do Polski jezuici przybyli w 1564 r. W Braniewie założono kolegium – zalążek pierwszego w Polsce seminarium duchownego. Potem seminaria były obecne i w Kaliszu, Wilnie, Poznaniu oraz Pułtusku.
W okresie międzywojennym (1918−1939) jezuici prowadzili najlepiej wyposażoną szkołę średnią w Chyrowie (darmową). W tym czasie było już 84 zgromadzeń żeńskich (z przewagą czynnych).
Jezuici prowadzili misje wewnętrzne i zewnętrzne, m.in. w walce z protestantyzmem (na polu szkolnictwa). Zrezygnowali ze wspólnej liturgii, chóru zakonnego, by cały czas poświęcić służbie czynnej. Prowadzona działalność jezuitów obejmowała m.in.: misje ludowe, głoszenie kazań,  polemikę, piśmiennictwo teologiczne i religijne. Długie przygotowanie do misji skutkowało sukcesami apostolskimi.
W 1579 r. powstał ich własny Uniwersytet w Wilnie.

niedziela, 6 lipca 2014

Kwestia punktualności



Występują: Fred i Sonia.

Fred
- Soniu, jesteś już gotowa? Za pół godziny zaczyna się przyjęcie. Dobrze byłoby wyjść za 20 minut, by się nie spóźnić.
Sonia
- Prawie, kochanie. Jeszcze tylko zdejmę wałki i zrobię makijaż.
Mija 5 minut.
Fred
- Soniu, jesteś już gotowa? Mamy jeszcze 15 minut do wyjścia.
Sonia
- Tak, pamiętam, kochanie. Jeszcze tylko umyję zęby. Czy mógłbyś w tym czasie wyłączyć żelazko w pokoju?
Fred
- Oczywiście. Czekam tam na Ciebie.
Mijają 3 minuty.
Fred
- Kochanie, jak tam? Jesteś już gotowa?
Sonia
- Szukam swoich butów. Nie wiem czemu zawsze tak jest, że za każdym razem,
kiedy się spieszę, mam tak wiele do zrobienia? Za ile minut wychodzimy?
Fred
- Czekam tylko na Ciebie, Soniu. Jak będziesz gotowa, zaraz wychodzimy. Zostało 7 minut.
Sonia
- Dobrze. Jeszcze chwilkę.
Mijają kolejne minuty. Sonia znajduje buty, ale nakładając je łapie oczko w pończosze.
Sonia
- No, nie. Poszło mi oczko! Muszę zmienić rajstopy. Poczekaj jeszcze momencik, Fred.
Fred
- A zapakowałaś prezent dla Simpsonów?
Sonia
- Oczywiście. Kwiaty kupimy po drodze.
Fred
- W porządku.
Po chwili Sonia oznajmia:
Sonia
- Już. Jestem gotowa. Sprawdzę jeszcze tylko gaz, czy jest wszystko wyłączone.   
Fred
- Już sprawdzałem.
Sonia
- Świetnie. To możemy iść.
Fred modli się pod nosem
Boże, dziękuję Ci, że dziś wychodzimy punktualnie.

sobota, 5 lipca 2014

Zabójczy ton



Występują:
Hubert Brown (śpiewak), Klotylda Brown (jego żona), lekarz, policjant, sąsiad, pani Tekla (denatka).

Hubert
- Aaa!!!
Klotylda
- Cóż to za wrzaski, Hubercie?!
Hubert
- Ćwiczę właściwy ton, Klociu.
Klotylda
- Och, mój drogi, zapomniałeś, że sąsiadka cierpi na migrenę? Hmm… Idź, zapytaj, czy wolno Ci dziś poćwiczyć właściwy ton.
Wychodzi. Po chwili wraca blady oznajmiając:
Hubert
- Na wieki będzie można już śpiewać.
Klotylda
- Co powiedziała?
Hubert
- Nic… Wydała tylko okrzyk.
Klotylda
- Jaki?
Hubert
- Aaa!…
Klotylda
- I nic więcej?
Hubert
- Nic. Potem legła.
Klotylda
- Jak to „legła”?
Hubert
- No… nie żyje.
Klotylda
- Żartujesz?!
Hubert
- Nie. Widziałem na własne oczy… Legła.
Klotylda
- Dzwoń po pogotowie. Natychmiast!
Hubert
- Już zatelefonowałem.
Klotylda siada na fotelu
- … Taka spokojna osoba. Jaka szkoda…
Hubert
- Czy teraz mogę poćwiczyć?
Klotylda
- Przestań, Hubercie! Trzeba zorganizować pogrzeb. Biedaczka była samotna.
Hubert
- No, tak. Prawda.
Małżeństwo siedzi w milczeniu. Po chwili odzywa się dzwonek do drzwi. Oboje podrywają się jakby wybici ze snu. Wchodzi lekarz, a za nim policjant:
Policjant
- To pan dzwonił po pogotowie i był przy denatce w jej ostatnich minutach życia?
Hubert
- Tak.
Policjant
- Proszę powiedzieć, co się właściwie stało?
Hubert, siedząc, zaczyna opowiadać po kolei o zdarzeniu. Nagle wchodzi sąsiad i zaczyna wrzeszczeć:
Sąsiad
- To jego krzyki zabiły panią Teklę! Biedaczka. Dostała zawału jak go zobaczyła.
Policjant
- To poważne oskarżenie. Proszę się uspokoić. Teraz zadaję pytania panu Brown. Pana przesłucham później.
Sąsiad
- Ja już dawno interweniowałem w tej sprawie w spółdzielni. Kto to widział, żeby w bloku były takie wrzaski!
Policjant
- Póki co słyszę jedynie pana krzyki. Ja pana bardzo proszę o spokój. Teraz odpowiada na pytania pan Brown.
Sąsiad
- Jeśli jeszcze raz on zaśpiewa, to…
Lekarzowi udaje się wyprowadzić sąsiada z pomieszczenia, po czym daje mu coś na uspokojenie.
Hubert
- Być może mój sąsiad ma rację. Dość głośno śpiewam. Nigdy nie przypuszczałem, że może to być dla kogoś szkodliwe. Głos mam po matce, a po ojcu poczucie rytmu. Po rodzicach odziedziczyłem talent muzyczny i… wiele innych cech. Jeśli to jest powód, dla którego pani Tekla zmarła, proszę mnie aresztować.
Policjant
- Dziękuję. Proszę podpisać złożone zeznanie. O dalszym postępowaniu powiadomimy pana, gdyby były jeszcze jakieś pytania w sprawie. Tymczasem do widzenia.
Hubert
- Do widzenia.
Sąsiad z korytarza 
- I to ma być sprawiedliwość? Parę pytań i tyle? Nikt teraz nie może czuć się bezpiecznie. Każdemu wolno bezkarnie śpiewać. Co za czasy nastały, dajcie spokój. Idę stąd. Nic tu po mnie. Jeszcze jeden koncert i też dostanę zawału.  
  
Kurtyna